Telefon, decyzja, relokacja z firmą Apollo. Nazwy.
Na początku był Marsjasz, polonistyczny żarcik.
Potem Samochodzik.
Następny był Egzekutor, albo Bat na Motyle.
Potem była cisza.
Wreszcie była Oaza, Domek.
Żarłok.
Pierdolec.
Samochodzik.
Nasz Ford Tranzit dał radę. I my też!!!
Zrobiliśmy coś szalonego, coś co pewnie niewiele osób zrobiło. 9 dni, 5250 km, z tego właściwie jazdy było 7 dni, trochę zwiedzania, parę skoków w bok, nie-sa-mo-wi-ta droga. Początkowo co chwila zatrzymywałem się i robiliśmy zdjęcia. "paulina, zdjęcie, to droga jest prosta po horyzont". 8 dnia miałem kryzys, gdy zobaczyłem, że do najbliższego "miasta" jest 400 km.
100 robiliśmy przed śniadaniem, potem 300 na lunch, potem dobitki. Kangury przy drodze. Krowy. Dzikie konie. Kozy. Emu. Dużo emu. Dużo rozjechanego kangura, emu i krowy. Papugi. Pot na szyi, pot na klacie, pot w gaciach i w powietrzu.
Kopalnie, road train'y i over size'y na cała drogę. Prosta droga. Trasa Mosińska jako autostrada, boczne już tylko krwistopiaskowe.
Nurkowanie z rurką, rekiny i ławica ryb, rafa koralowa 2 metry od plaży, żółw, z którym można było płynąć jak z bracholem :D Żółw to taki koala podwodny.
Trochę delfinków, dziwne roadhousy, czyli taki motel ze stacją benzynową o funkcji miasta. Co 250 km.
Dużo Aborygenów. Dużo jazdy, i jeszcze więcej benzyny. O szalonych cenach.
Nowoczesny sprzęt elektroniczny kupiony na największym zadupiu świata. Ale dzięki temu mieliśmy nasze drobne przyjemności - puszeczka coli, 15 step radiohead na śniadanie, tigeryly la roux na pobudzenie i carolina drama raconteursow na kolacje. Dużo wina.
Chodziliśmy spać ok 20.30 i wstawaliśmy o 5.30 :D
Ludzie po drodze i każdy zazdrościł nam wozu. Ma się ten gust!:)
Czy wspominałem już, że drogi były proste jak noga kuternogi? Albo jak strzała Legolasa?
Bo kobiety wolą duże... Pinnacle.