Halo halo, glebokie uklony z dalekiego poludnia.
Dzis zdjec nie bedzie niestety, a szkoda, bo mamy naprawde dobre zdjecia.
3 marca wyjechalismy do Sydney, ktore nas bardzo pozytywnie zaskoczylo. Oczywiscie olbrzymie miasto, ale czulismy sie tam lepiej niz w Perth. Z swietnym parkiem botanicznym w srodku miasta i samymi azjatami dookola.
no ale niech bedzie o nowej zelandii.
w christchurch bylismy 5 marca, wypozyczylismy samochod majac pewna przygode ('it's not fair'), w ostatecznie zaplacilismy troche wiecej i spimy tylko w hostelach. wyjdzie drozej, ale na razie nie narzekamy na ten tryb podrozowania. wozimy sie mazda capella station wagon dla zainteresowanych. zwiedzilismy juz wschodnia czesc, poludniowa i polowe zachodniej z wyspy poludniowej. trupie zimno panowalo przez wieksza czesc tej podrozy, ja miedzy innymi zachorowalem i jeden dzien w lozku lezalem, ale juz jest dobrze. zdecydowanie najwieksze wrazenie zrobily na mnie fiordy w milford sound. udalo nam sie poplynac pierwszym statkiem, bylismy sami, dookola nas fikaly delfiny, plawily foczki i pingwiny. ogolnie natury tu jest sporo. ale jak nowozelandczycy sie wycwanili. to jest przedsiebiorstwo, pelna komercjalizacja, nie ma czegos takiego jak w polsce ze wyjdziesz na szlak i sobie wrocisz wieczorem. tutaj cie kontroluja, biora oplaty. wszystko maja perfekcyjnie przygotowane, ale nie ma tu miejsca na spontaniczne wypady. troche sie na tym zacielismy.
a kiwi to jest fikcja. podejrzewamy, ze sa to zmyslone potworki, ktore nigdy nie istnialy, a sluza wylacznie do zwiekszenia zysku z koszulek. no bo jak tu znalezc stworka, ktory jest maly, brazowy, nie ma skrzydelek i moze sie ukryc gdziekolwiek w lesie, a ponadto wystepuje w bardzo ograniczonej liczbie. photoshop i tyle.
za to owiec jest co niemiara. raz nawet bylismy otoczeni przez jedna stado, gdzies 2 tys owiec, i nie widzielismy jak wyjechac. wciakla szarancza rzucila sie na nas, ale odstawilismy maoryski taniec HOKIII i uciekly.
zdjecia w nowej zelandii wychodza dziwne. zbyt sielskie by byly prawdziwe. zbyt wszystko poukladane by bylo prawdziwe. za duzo dobrego - takie mam czasami wrazenie, gdy jedziemy przez te bieszczady rozciagniete na caly kraj, przez ta szwajcarie lekka rozmnozona i dopieszczona, przez usuniecie jezyka niemieckiego :)
a na samym poludniu nz byl taki smieszny akcjent, ze po uslyszeniu sklepikary musialem wyjsc ze sklepu bo nie moglem smiechu powstrzymac. tin fe(ftienvf) ($10.30).
dzisiaj jestesmy w queenstown, zlapalismy flaka, ale jakiegos takiego dziwnego, bez zadnego wybuchy czy czegops, poprostu nam powietrze przez noc wylecialo i musielismy polowe dnia stracic na szukanie zakladu i innych przez co dzis juz nic konstruktywnego nie zrobilismy. i pada. chociaz teraz jest slonce. pogoda sie zmienia co chwila. queenstown smierdzi turystyka, komercializacja, chce stad wyjechac. jutro moze rafting, chociaz nam powiedzieli ze bylo sucho i rzeka ma niski poziom, wiec byc moze sie wycofamy i pieniadze te przeznaczymy na badanie rozmowu populacji kiwi.
troche sie tez wspinalismy na gorach, ale nie za duzo, unfortunately. ale czasu na pewno nie marnujemy, codziennie cos widzmy.
np lwa morskiego. a raczej dosc spora grupke.
albo wielgasna papuge gorska, kea.
albo glowworms
albo tysiac innych rzeczy.
zaczynam sie martwic o moj brzuch. teraz juz naprawde jemy tylko makaron z sosem. juz nawet miesa nie dodajemy :D chociaz dzisiaj ma byc ryz. z sosem :D
a na zakonczenie powiem ze obywatele nowej zelandii sa baaaardzo fajni, zawsze chca pomoc, nie robia zaaadnych problemow. cud miod malinka.
ok, koniec chaotycznego posta, nastepnym razem sporbuje dodac zdjecia. paulina pozdrawia.
baj baj