wtorek, 18 maja 2010

ku pamieci

piszę, bo nie mam głosu :) - chcieliśmy baaardzo podziekować za wspaniałą imprezę w sobotę. Było kozacko. Fajnie, że wróciliśmy :)

Co do bloga, to on nie umiera - mam teraz duuużo czasu, będę wkładał różne zdjęcia, dawał komentarze i pisał co mi ślina na język przyniesie - oczywiście o wyjeździe - przy tym będę starał się dawać dużo wskazówek dla osób, które chciały by się tam wybrać - pierwsza - załatw sobie obywatelstwo niemieckie albo francuskie :D

a na zakończenie dzisiejszego posta - zdjęcia, które najbardziej utkwiły Wam w pamięci po sobocie - co jest lekką masakrą dla mnie :D bądźże zdrów O Czytelniku :)




t

środa, 12 maja 2010

powrot

ja teeeej,
myslalem ze bede mial wiecej czasu na koncu zeby wam wszystko opowiadac i opowiadac i podsumowywac. Ale nie, dzisiaj juz wylatujemy a jeszcze tyle do zalatwienia...

Ale ale, opowiemy w sobote. imprezka bedzie, jezeli macie ochote przyjsc to zapraszam :) napiszcie tylko ze bedziecie, zebysmy sie przygotowali :)
i wlasnie wyczytalem ze kolejorz na majstra leci, wiec proponuje zaczac jeszcze przed meczem - co jak co ale mecz jest chyba najwazniejszy :D
my sobie co roku mozemy wyjezdzac, a lech to od 17 lat mustrzostwa nie zdobyl :D

wiec do zobaczenia, start albo przed meczem albo 20 (nie wiem o ktorej sie rozpoczyna)
a potem to juz tylko radosc.
I przyniescie radia, przenosne lub wieksze, mamy nowy fajny sprzet grajacy :)

piątek, 7 maja 2010

Dobra muzyka / Zla muzyka

Telefon, decyzja, relokacja z firmą Apollo. Nazwy.
Na początku był Marsjasz, polonistyczny żarcik.
Potem Samochodzik.
Następny był Egzekutor, albo Bat na Motyle.
Potem była cisza.
Wreszcie była Oaza, Domek.
Żarłok.
Pierdolec.
Samochodzik.
Nasz Ford Tranzit dał radę. I my też!!!

Zrobiliśmy coś szalonego, coś co pewnie niewiele osób zrobiło. 9 dni, 5250 km, z tego właściwie jazdy było 7 dni, trochę zwiedzania, parę skoków w bok, nie-sa-mo-wi-ta droga. Początkowo co chwila zatrzymywałem się i robiliśmy zdjęcia. "paulina, zdjęcie, to droga jest prosta po horyzont". 8 dnia miałem kryzys, gdy zobaczyłem, że do najbliższego "miasta" jest 400 km.

100 robiliśmy przed śniadaniem, potem 300 na lunch, potem dobitki. Kangury przy drodze. Krowy. Dzikie konie. Kozy. Emu. Dużo emu. Dużo rozjechanego kangura, emu i krowy. Papugi. Pot na szyi, pot na klacie, pot w gaciach i w powietrzu.

Kopalnie, road train'y i over size'y na cała drogę. Prosta droga. Trasa Mosińska jako autostrada, boczne już tylko krwistopiaskowe.

Nurkowanie z rurką, rekiny i ławica ryb, rafa koralowa 2 metry od plaży, żółw, z którym można było płynąć jak z bracholem :D Żółw to taki koala podwodny.

Trochę delfinków, dziwne roadhousy, czyli taki motel ze stacją benzynową o funkcji miasta. Co 250 km.

Dużo Aborygenów. Dużo jazdy, i jeszcze więcej benzyny. O szalonych cenach.

Nowoczesny sprzęt elektroniczny kupiony na największym zadupiu świata. Ale dzięki temu mieliśmy nasze drobne przyjemności - puszeczka coli, 15 step radiohead na śniadanie, tigeryly la roux na pobudzenie i carolina drama raconteursow na kolacje. Dużo wina.

Chodziliśmy spać ok 20.30 i wstawaliśmy o 5.30 :D
Ludzie po drodze i każdy zazdrościł nam wozu. Ma się ten gust!:)

Czy wspominałem już, że drogi były proste jak noga kuternogi? Albo jak strzała Legolasa?






Bo kobiety wolą duże... Pinnacle.

Patrzcie jak on patrzy. Albo ona.

Czy wspominałem już, że drogi były proste?

A laski na odludziu są...(wstawcie co uważacie za stosowne :)

Największe miasto w promieniu 200 km. Całe miasto to to co widzicie :)

Tu dowód na to, jak często pojawia się COŚ :) I koniecznie przypomnijcie nam byśmy opowiedzieli Wam o Dumie Halls Creek.
Zachód słońca. Godzina 17.

Czy wspominałem już, że drogi są tutaj proste?

Coś przepięknego. Albo przeokrutnego. Ale na pewno już nigdy czegoś takiego nie przyżyjemy...

To co, wódeczka w sobotę? :D