poniedziałek, 22 lutego 2010

wybuchowe króliki

Australijczycy znowu mają problemy z zającami. Pojawił się nawet pomysł by je wysadzać środkami wybuchowymi. Ale jako że zająco-króliki zawsze uodparniały się na wszystkie dotychczasowe pomysły ich eksterminacji, to trochę się boją, że nażrą się kryptonitu i uodpornią na proch i zgiełk.
Ten początkowy akapit być może nie wygląda, ale jednak ma coś wspólnego z szalonymi przygodami Pauliny i Mikołaja w wieczyście oblepionym słońcem Perth. Otóż widzieliśmy królika. I to chyba tego samego. W ramach dorabiania byliśmy parę razy (angielska dygresja: couple of times... W AU gdy ktoś prosi o couple of beers to chodzi mu o dwa piwa = ergo byliśmy dwa razy na winobraniu. A wydawałoby się, że więcej) na winobraniu, pierwszy to pojechaliśmy 2 godziny na północ od Perth i ciężko, wręcz niewolniczo pracowaliśmy przez 12 godzin w pełnym słońcu, pochyleni jak garb nad samym sobą, i za taka samą niewolniczą pensje. Ale pieniądz nie śmierdzi więc spoko. Z drugiego wypadu, bardziej sielskiego, mam zdjęcia! To właśnie tam zobaczyliśmy królika, co się pałętał między nogami.
Dla znawców - zbieraliśmy rieslingi, chardonney, semillion.
Kupiłem maske wenecka, mamy spodnie do chodzenia po górach, właśnie dostaliśmy paczkę z Polski z arafatką i zalaminowany bilet z autografami członków zespołu Archive. Nigdy nie wiesz co się przyda w drodze... :)

Zdjęcia:



sobota, 6 lutego 2010

koniec szkoły!


Z tego oto przystanku musieliśmy przez 13 tygodni wyruszać na podbój słówek angielskich. Ale to już za nami. W pt była wielką impreza, rozdawane były dyplomy, lał się szampan i paliły parówki. Przed nami miesiąc wakacji.


Paulina kazała mi wygłosić mowę pożegnalną, to wygłosiłem. A co!


Skok radości, człowiek w białym to nasz nauczyciel, J-A. Paulina za Bomi, dziewczyną w niebieskim, ja z prawej :)


A więc była ta impreza, trwała do 18, a potem Paulina pojechała pijaniutka do pracy a ja na spotkanie couchsurferów, by podziwiać potem akrobatyczne wybryki La Fura dels Baus. Bo w Perth rozpoczął się teraz festiwal, taka nasza poznańska Malta, będzie dużo wesolych wybryków artystów, za darmo i nie za darmo. A na pokazie byłem z Olą Cz., Aleksandrą, z Lugano



Na początku była Aborygeńska muzyka, która mnie wkręca coraz bardziej, niesamowity trans to jest. Potem podpalili drzewo. Swoiste pochodnie tu mają, zaiste.






Na koniec zdjęcie jednego z naszych kolegów, JJ, w klasie. Imiona naszych koreańskich znajomych to: JJ, Paul, Rooney, Charles, Chuck, Scott, Catrina, Mim, Bomi, ...

A wiecie, że Koreańczycy się rodzą i mają już 1 rok. Tak liczą. Gdy się ich pyta o wiek, to pytają czy po koreańsku czy międzynarodowemu? :)