niedziela, 25 października 2009

Z cyklu: CieKAWE # Społeczeństwo


Głosowanie jest tutaj obowiązkowe!!!!!!!!!!!!

trzeba brać udział we wszystkich głosowaniach, od premiera, rządu itd, po władze miejskie i we wszystkich mały referendach typu "gdzie postawić sklep". W przypadku gdy nie spełni się swojego obywatelskiego obowiązku dostaje się mandat, którego wysokość zależy od zarobków. W przypadku gdy nie zapłaci się mandatu, dopisywane są punkty karne do prawa jazdy.

Nauczycielka opisywała nam tu sytuację, która się przytrafiła jednemu z jej znajomych, który wrócił po 1.5 rocznym pobycie w Europie do Australii, został zatrzymany przez policje, odebrano mu prawko i na nic się zdały tłumaczenia, że go nie było. Bo to właśnie dlatego, że go nie było :)


Australijczycy znaleźli też ciekawy sposób, by ukarać za jazdę po pijanemu, a przy okazji nie pozbawiać człowieka chleba do życia, bo tu, zazwyczaj, do pracy trzeba dojechać spory kawał samochodem. Gdy się złapie człowieka po jednym malutki, a solidnym, to oczywiście odbiera mu się prawo jazdy. Dostaje on jednak specjalne pozwolenie, które umożliwia mu dojechanie samochodem do pracy, gdzie kierownik podpisuje, że owego delikwenta widział, a policjanci na bieżąco kontrolują, czy delikwent nie nadużywa prawa. CieKAWE, prawda? :D

Z cyklu: CieKAWE # WA

-
O tak, rozpoczynamy szeroko zakrojona akcję o tytule CieKAWĘ. heh, co za suchar z tym diversingiem literowym.
-
WESTERN AUSTRALIA:
-jest większa niż cała Europa Zachodnia
-zamieszkana jest przez 2 mln osób, z czego 90 % to mieszkańcy Perth lub pobliskich mu miast
-średnia temperatura to : zimą 18 a latem 30 stopni C
-na jej terenie leży największą jednorodna skała. Jest dwa razy większą od słynnej Uluru, zwanej sercem Australii.
-Jest 4x większa od Teksasu
-Z białych ludzi, pierwszy odkrył ja duński kupiec w 1616r
-Jeden z jej regionów, Kimberley, jest trzy razy większy od Anglii, a zamieszkany jest przez 26 tys ludzi. O ja, to taka Mosina!
-Perth jest najbardziej odizolowaną i najbardziej słoneczną metropolią na świecie.




sobota, 24 października 2009

dwa i pół


2.5 tyg. tyle zajęło nam urządzenie się w obcym kraju na drugim końcu świata.

mamy już konto bankowe, kartę i dostęp do internetowej obsługi bankowej - normalka.

mamy tutejszy nip - doszedł po dwóch tyg. a wyrobiliśmy go sobie bez żadnych kolejek, bo przez internet.

mamy tutejszą komkartę - dzięki pomocy Bridge Agency i naszej drugiej, następnej szkoły, która już teraz wystawiła nam kartę studencką jeżdzimy od czwartku za 70 centów za jazdę, a nie 2.40 :D

wyrobiliśmy sobie, online, certyfikat tzw RSA (responsible service of alcohol) i możemy pracować np w restauracjach. Australijczycy są zwariowani na punkcie alkoholu, a raczej jak przed nim bronić. Wyobraźcie sobie, że to kelner jest odpowiedzialny jak się ktoś upiję i może dostać mandat. Chociaż to pewnie tylko teoria. Ale piwa nie podadzą jak się nie pokażę paszportu. Choćbym dawał 10 innych dokumentów.

Mamy nawet kartę biblioteczną do pobliskiej library i panie są tam taakie miłe! Chodzimy tam kserować i wypożyczać książki. Ja wypożyczyłem i od razu oddałem, a P. zabrała Olgę Tokarczuk, po polsku :D tak się szkolimy z angielskim!

A co do nauki to ostatnio nauczyłem się słówka, które wyglądała jak tupee, czy jakoś podobnie i dzisiaj dowiedziałem się, że chodzi o tupecik. Co za głupie słowo, tupecik.

A teraz zdjęcie centrum Perth z King Parku, tadaaam:

Jak chodzi o naukę to jest świetnie. Mam przedoskonałą nauczycielkę z rana i b.fajną grupę. Aż szkoda, że teraz będzie ostatni tydzień w tej szkole. Trochę się uczę, wydaje mi się, że mówię o wiele gorzej niż dwa tyg temu, ale pewnie teraz dopiero zaczynam siebie słyszeć i swoje błędy, ale też wydaję mi się, a raczej jestem tego pewny, że przynajmniej w wszelakich testach to już jestem na poziomie wyżej niż FCE, a takie mniej więcej robimy :) Ale to miało być powtórzenie, więc jest. I ogólnie taka refleksja na temat lekcji angielskiego. To są jedyne lekcję, zajęcia, na których rozmawia się na poważne tematy. Zawsze mnie to zadziwiało, ale to właśnie na angielskim nauczyciele dają zadania w których trzeba opisać swoją osobowość, mocne i słabe strony, powiedzieć jakie jest największe rozczarowanie twojego życia, rozmawia się o wierze, przekonaniach, pieniądzach i stosunku do nich, innymi słowy, porusza się tematy, których zazwyczaj nawet samemu, w swojej duszy się nie porusza. A jeszcze mówi się o nich innym, dopiero co poznanym osobą.
Czas na mija szybko, nawet bardzo, ale o tym nie będę pisał, bo to nie jest interesujące. Pewnie wolicie usłyszeć historię o pracy, o tym, jaki ze mnie sznycel i sznaps? :)
No to zaczynamy. Ale najpierw jeszcze zdjęcie z przerwy na lunch między zajęciami i zdjęcie SKSu po zajęciach, czyli międzynarodowe kopanie piłki futbolowej na ogrooomnym placu zieleni w centrum miasta.


Praca, praca. Zaczęliśmy szukać już pierwszego tygodnia, tak powiedzmy w piątek. Nie nerwowo, spokojnie roznieśliśmy do środy 14.10 po ok 25 cv, co tutaj nosi nazwę resume. I w środę, wypełniając formularz w hotelu Mercure spotkaliśmy polaka, który tu przyjechał podobnie jak my. I tak się miło rozmawiało, że wymieniliśmy się numerami. A raczej ja dałem mu swój i powiedziałem, żeby odgłuchnął. A on, że nie może się dodzwonić. Kiedy zrobiliśmy sygnał w drugą stronę wyświetlił się jemu inny numer. I w taki oto sposób mikołaj stracił kredyt zaufania u P. :D
Oto co się stało. Pierwszego dnia, jak tylko przyjechaliśmy kupiliśmy karty prepaid z numerami. Czym prędzej zapamiętałem mój numer i potem, wszędzie, banki, niebanki,cv i nie cv, szkoły nie szkoły, podawałem z pamięci, za siebie i P. Tyle, że zapamiętałem lekko przetrącony, z jedną inną cyferką... Nie wiem czy tłumaczenia mają jakikolwiek sens, ale parę faktów i śmiesznych przypadków złożyło się na to, że błąd ten nie wyszedł na jaw tak długo. P. to nie śmieszyło i od tej pory mi nie ufa. Gdy pyta się przez ile m piszę się swimming i ja mówię, że dwa to i tak sprawdza w internecie z szyderczymi słowami na ustach "jak mogę zaufać człowiekowi, który pomylił się w tak ważnej sprawie" :)
Tego dnia P. przez internet wysłała trzy cv i następnego dnia miała 2 telefony o pracę :) Była teraz we wtorek pierwszy dzień w baaardzo szacownej restauracji Old Brewery, a żeby się tam dostać musiała się nauczyć jeździć samochodem. I nauczyła, mamy Paulinę Lewostronną. W każdym razie miała też iść w weekend, ale w pt zadzwonili, że jednak nie będą nowych kelnerów zatrudniać no i P. znowu musi pracy szukać. Dzisiaj była w dwóch miejscach i w obydwu powiedzieli, że potrzebują ludzi, więc kto wie jak długo ten stan się utrzyma. Oby jak najkrócej. Ja z kolei ten tydzień poświeciłem w takiej agencji rekrutacji, czy jak to tam nazwać i oni niby mają dużo pracy do załatwienia, robili mi jakieś szkolenia itp, tysiąc papierów do wypełnienia no i mam nadzieje, że coś z tego będzie, poza tym poszukałem na swoją rękę i dzisiaj byłem na próbnym dniu w restauracji, poszło mi tak se, bo nic nie mogłem zrozumieć :) hard tea pomyliłem z latte, więc widzicie skale problemu :D Ale jutro mają dać mi odpowiedź, więc zobaczymy. To w telegraficznym skrócie, bo naprawdę dawno nie pisałem a nie próżnujemy. Jeszcze tylko opiszę co u nas towarzysko i kończę i obiecuję, że następnym razem notki będą częstsze, krótsze i bardziej napakowane treścią :)

ponieważ oszczędzamy pieniądze byliśmy na dwóch imprezach (!!!!!!!!!), jednej organizowanej przez szkołę, zdjęcia poniżej


drugiej takiej fajnej, bo typowej dla miasta, czyli jakieś piwko, które przerodziło się w następne i skończyło u kolegi z Dubaju w jego apartamencie na fajce wodnej, piwkach, 20 niemieckich szwajcarach (ich tu jest mnóstwo, razem z francuskimi mogli by mała armię stworzyć). Byliśmy też z Vincentem, który jest naszym tutejszym największym kolegą, z którym świetnie się gada (Kanadyjczyk z Quebecu, mieszkający od 3 lat w Szwajcarii, we francuskiej jej części), byliśmy w zoo i potem kąpać się w oceanie. To jest ten gościu w żółtym T-shircie. AAA, zapomniałem dodać, że P. szaleje na punkcie Mario i Luigiego. Byli akurat w tym klubie i byli świetni. Ok, to tyle, pamiętajcie wombaty, misie koala rządzą, krokodyle są wielkie i przeraźliwe, a ocean ma zajefajne fale :) dooobranoc.







PS. A, i jeszcze jedno. Skrzynia biegów jak taka jak w polsce, czyli nie jest odbiciem lustrzanym. Kłaki już płyną poprzez ocean do szczęśliwców. Dziękujemy za udział w konkursie.

wtorek, 13 października 2009

trochę zdjęć

Dodałem też zdjęcia do pierwszej noty. Miłego dnia!

Oko naszej bestii
Bestia z boku
No i z przodu.

2 kości i trzy ścięgna poszły mi robiąc tę fotografie, takie wysokie budynki.

poniedziałek, 12 października 2009

Cześć wszystkim, mam 12 lat i też nazywam się Wojtek.

Zagadka!
Do wygrania kłak.
Czy skrzynia biegów, znajdująca się pod lewą ręką jest lustrzanym odbiciem skrzyni biegów znajdującej się pod prawą ręką, czy też biegi (od 1 do 5 plus R :) są rozstawione tak samo?

Już wkrótce foty naszej nowej bestii, hjundaja jakiegoś tam :) ma przejechane ponad 200 000 km, a teraz już ponad 200tys i sto.
Jazda sprawia nam wielką frajdę, byliśmy już nad rzeką i nad oceanem, gdzie wiało tak okrutnie, ale TAK okrutnie, i było tak zimno, ale TAK zimno, że wróciciliśmy. I tylko przez chwilę patrzyliśmy na kitesurferów, bodysurferów, surferów.
Skrzynia biegów po lewej stronie, kierunkowskaz po prawej, większa część samochodu po lewej, dotychczasowy łątwy prawoskręt zastąpiony przez równie prosty lewoskręt. No i kochany samochodzik. Cały się trzęsie i trzeszczy, ma radio, które dziwnym trafem odbiera tylko komentatorów krykieta i naprawdę, ja go pokochałem. Sam w sobie jest przygodą.

Dzisiaj mieliśmy pierwsze zajęcia, P. trafiła do najlepszej grupy (JEDEN BŁĄD TYLKO), ja o grupę niżej. I nie, nie ma tylko dwóch grup :) A na uczelni multikulti. Mam w grupie brazylijczyka, szwajcarki, rosjankę, kolumbijkę, kanadyjczyka, polkę, wietnamkę i innych azjatów, których jeszcze nie rozpoznaję. A same zajęcia jak to zajęcia angielskiego. Przypominają mi obozy YES'a językowe na które jeździłem. Wpierw do południa normalne lekcję, a po lunchu gry zabawy gadanie i chill out.

No a dzisiaj mieliśmy najlepszy obiad z tych robionych przez nas samych. Spaghetii plus jakiś sos pomidorowy plus jakieś kiełbasy plus cebula. Razem może 4$ na dwóch, a ile radości.
Ogólnie, dziś był dobry dzień, poznanie tylu nowych ludzi to jak fundament pod dobrą budowlę, jak gzyms na ładnej ścianie, jak krowa znosząca złote jaja, jak...

PS. Jak dzisiaj wstawałem o 6, to Wy dopiero mieliście godzinę 00.00 i pewnie jeszcze spać nie szliście... Ale tak to już jest, gdy jest 6 godzin różnicy... :D

czwartek, 8 października 2009

Zdanie na dziś: Just in case

Czas na pierwsze niepowodzenia. Pączki w maśle postanowiły poszukać pracy. Mając komórkę, bank, australijski nip w drodze, miasto w małym paluszku i cv na pendrivie, wyruszyliśmy na podbój naszego nowego, antypodowego konta. A, najpierw była sałatka KRABOWA u Mrs.E. Wczoraj byliśmy na lunchu i niechcący zamówiłem pasta with schrimps (choć może to nie było schrimp), no i teraz jestem miłośnikiem owoców morza. Aha...yes of course. Już mamy obiecaną wizytę u pana, który sprowadza świeże krewetki. Mniami! :D
Tak więc powracając na tory opowiadania o poszukiwaniu pracy:dostaliśmy się do centrum, które okazało się całkiem spore, taki 2x św marcin razy 3 ulice. No i dookoła wieżowce. W portfelu mieliśmy 3$, które wydaliśmy na utworzenie 8 kopii naszych życiorysów, resztę postanowiliśmy skserować dla oszczędności.
Bla bla bla bla bla... no i doszliśmy do bankomatu by wyszarpać pieniądze na ksero i autobus, a tu klops. Żadna nasza karta nie działa. Alior, który miał być na cały świat bez opłat pozostaje bez opłat, ale też pozostawia człowieka bez pieniędzy. Bez grosza. Bez szans na przeżycie (adrenalinka rodziców na pewno się podniosła :) Tak więc jak pisałem ostatnio, że do centrum jest daleko, to, doliczając, że centrum obeszliśmy wte i wewte i raz jeszcze, wychodzi, że pokonaliśmy dziś trasę 3x lub 4x dłuższą.

Nasza australijska karta dojdzie do nas za 2 tyg, do tego czasu będziemy musieli wyżyć z amer.dollarów. A w aliorze niech rośnie na lokacie nocnej :D

No i jeszcze taka refleksja. Albo wcale tak wiele km nas nie dzieli, albo z perth jest daleko wszędzie. Różnica czasu między polską a westralią to 6 h, a między perth a sydney - 3h

Plan na jutro:
-podbić świat, Pinky!
-lunch u Mrs.E (jej jedzenie to nasz pokarm :)
-jazda samochodem prowadzonym przeze mnie
-impreza z couchsurfingu w jakiejś artystycznym wyrwidołku

And remember Johny, just in case.

wtorek, 6 października 2009

Owce na drzewie



G-day!

Dojechalimy.

Ostatni tydzień to same pożegnania, aż zwątpiłem. Po co jechać skoro zostawia się takie fajne osoby? Była impreza pożegnalna, wspólny wyjazd do Berlina, no i wiele słow ‚do zobaczenia‘ między. A tata to mnie tak mocno ścisnął, że wreszcie dysk mi wskoczył na miejsce :)


Ale, ale... kiedy zobaczyłem mnicha buddyskiego na lotnisku w Bangkoku wstąpił we mnie diabeł podróży. Same lotnisko niesamowite. Oddane trzy lata temu do użytku jest funkcjonalne jak gładzik do macbooka, a sprzątaczki chyba mieszkają w ubikacjach i cały czas coś tam doczyszczają. A jakie piękne kobiety!!! :) wszystkie zgrabne i fajnie ubrane. A jakie przystępne ceny!!! Po niemieckich reperkusjach, ceny tajskie to prawdziwy rarytas, na lotnisku międzynarodowym ceny jak w polskiej żabce.

Za to w malezyskie lotnisku byle jakie. Jedyna rzecz warta zanotowania to fakt, że nie mogli uwierzyć, że osoba ze zdjęcia w paszporcie i ja to to samo. W paszporcie mam długie włosy, jestem ogolony i w soczewkach. A jaki jestem na codzien, każdy wie. Spytał mnie o datę urodzenia, to mi się June z July pomyliło, poprosił o podpis, to zapomniałem, że ten obecny różni się od tego w paszporcie. Ech... Ale przeszło.

Potem jeszcze na australijskim lotnisku pani zabrała mój paszport i długo patrzyła na P. i wreszcie uznała, że może być. Buahaha :D

Już po ostatniej odprawie celnej, 31 h po pierwszej, odebrała nas Mrs.E i zabrała do siebie. Oczywiście nie mogło zabraknąć dowcipu ‚po jakiej stronie kierownica‘ i P. dała się nabrać. Samo jeżdzenie po lewej stronie dziwne, ale więcej wypowiem się jak sam spróbuję. Miasto Perth też dziwne. Ogólnie jest to takie os. Kwiatowe rozciągnięte jakieś 150 razy. Domki, u nas nazywane jednorodzinne, ale jakieś takie bez szału, niskie, ogrody małe. Drzewa egzotyczne, a kwiaty juz teraz bardzo kolorowe, a niezapominajmy, że oni mają teraz jakgdyby koniec marca. No i już teraz chodzimy w krótkim rękawku lub krótkich spodenkach (ale nigdy oba na raz :) )

Z Mrs.E zwiedziliśmy trochę centrum i pojechaliśmy do najwyższego miejsca w mieście, aby popatrzyć na panoramę miasta i nie muszę mówić, że podobnie jak na podróż, nie mieliśmy ze sobą aparatu :D Ale tam na pewno wrócimy, zresztą nie jest to widok z gatunku ‚jak tam nie pojedziesz, to tak jakbyś nie przeżył orgazmu‘.

No i potem byliśmy już tak wykończeni, że wręcz nachalnie poprosiliśmy, że już chcemy do naszego domku i spać.

A mieszkamy u pana Jot. Podobnie jak Mrs.E – Polak, ale w tym wypadku taki, który nigdy nie był w Polsce, mimo to mówi ‚I’m Pole and this is polish hospitality‘. Z jednej strony dziwne, z drugiej wzruszające. No i niezgadzamy się z P. co do tego zdania. Ja uważam, że rzeczywiście jest bardzo gościnny i, nazwijmy to opiekuńczy, a P., dodaje ‚fakt, ale za 200 bucksów tyg.‘

Domek jest hmm, okey, ma swoje plusy i minusy. Np. mamy bardzo fajny pokój, duży, duże łóżko, zimny, co będzie zbawieniem latem, z lustrami i biurkami, internetem (ale jeszcze nie wiemy jak płatnym, dlatego boimy się korzystać :), ale z kolei nie zamykają się drzwi. I nie chodzi tu o to, że nie ma klucza, ale o to, że można je tylko przymknąć :) I tak cały dom. A wieczorem jeszcze wino u Mrs.E, która jest dla nas nadzwyczaj dobra.







Z dzisiejszego dnia warto jedynie odnotować, że załątwiliśmy po wielu komplikacjach swoje australijskie komórki i numery, poszliśmy pieszo do centrum (swoja drogą, mieszkamy blisko centrum, ale blisko jak na te standardy, bo szliśmy 1h15min, a doszliśmy tylko na skraj)

Rozumiemy australijczyków dobrze, P. lepiej :) Oni nas też rozumieją, chyba. W banku się dogadalismy. I chcemy się nauczyć tego akcentu bo jest zajebisty! :)

I, bo zapomne, pisałem o florze, czas na faunę. Żadnych zabójczych pająków nie widziałem, ale był jeden karaluch u nas w pokoju, ale to jeszcze nic w porównaniu z krukami, których tutejszą specyficzną nazwę zapomniałem. Muszę zrobić ich zdjęcie! Wyglądaja jak kruki z nastraszliwszych horrorów, z wielkimi dziobami i wydają dźwięki, które przypominają beczenie... owcy. Mnie to śmieszy, P. przeraża. A jest tu tego pełno. Pan Jot je nawet dokarmia, każe nam rozsypywać w ogrodzie mięso, którego nie zjemy :D

Papugi też widzieliśmy. Potwory-kangury i zbakane misie koala przed nami.

Tak jak napisanie kolejnej notki za czas jakiś.

PS. Boli mnie szyja od patrzenia wpierw w prawo przy przechodzeniu przez ulicę. To takie nienaturalne! A zdjęcia dam kiedy indziej, bo za długo to trwa teraz, a ja boje się gigantycznej opłaty za internet