czwartek, 24 grudnia 2009
korzystając z różnicy czasów
sobota, 12 grudnia 2009
wesołych świąt




czwartek, 3 grudnia 2009
Tim-Tam
oto fioletowe drzewa, których teraz pełno dookoła.poniedziałek, 30 listopada 2009
to już było
Karol S. ma wciąż ochote na kawały! Kontynuując, teraz powiem kawał z kategorii disgusting :)
A, jak zauważycie jakiś błąd angielski, to mówcie, piszcie, będę poprawiał, nie chce propagować zła! Piszę z pamięci :)
A woman in her late 30ies enters tatoo saloon, waits for her turn, and after 10 min tatoo artist invites her to sit.
-what'd'like? - he asks her
-could you make an inscription "Thanksgiving" on my right thigh, please?
-yes of course - he replies suprised
30 min pass, he's just about to finish his work, when woman asks him to make another inscription, and now she wants "Christmas" on her left thigh. Tatoo artist is more then surprised but he continous doing his work.
After next half an hour, he says - ok, i finished, but listen, i saw many things, but these incriptions are really strange. why you wanted to have such tatoos?
-aahh, it's all because of my husband, i just can't stand him complaining that there is nothing good to eat between thanksgiving and christmas.
ależ ludu się odezwało! :) dziekujemy wszystkim, z martynik, szwajcariów i innych suwalskich włości i ich poznańskich przystawek.
Co do godzin angielskiego to wiemy już, że chodziło o godziny, ale takie, które mają 45 min. Plus czas, który możemy poświęcić na samodokształcanie się po lekcjach na zajęciach dodatkowych. No bo przecież dlatego są dodatkowe, bo za nie zapłaciliśmy!Poza tym koreańczycy są bardzo fajni, ale naprawdę trudno ich zrozumieć.
A niedawno ni z gruchy ni z pietruchy zgubiliśmy rurę wydechową i teraz buczymy na ulicach. Mrs. E powiedziała, że zapłaci za naprawę, bo i tak miała naprawić tę rurę. Hmm, czy wyczuwam zbyt wielką dobroć by serce to ogarnęło?
piątek, 20 listopada 2009
Gdzie kończy się przygoda, a zaczyna życie
sobota, 7 listopada 2009
A propos
niedziela, 1 listopada 2009
S1e1 Paulina pisze:)
niedziela, 25 października 2009
Z cyklu: CieKAWE # Społeczeństwo
Z cyklu: CieKAWE # WA
sobota, 24 października 2009
dwa i pół
2.5 tyg. tyle zajęło nam urządzenie się w obcym kraju na drugim końcu świata.
mamy już konto bankowe, kartę i dostęp do internetowej obsługi bankowej - normalka.
mamy tutejszy nip - doszedł po dwóch tyg. a wyrobiliśmy go sobie bez żadnych kolejek, bo przez internet.
mamy tutejszą komkartę - dzięki pomocy Bridge Agency i naszej drugiej, następnej szkoły, która już teraz wystawiła nam kartę studencką jeżdzimy od czwartku za 70 centów za jazdę, a nie 2.40 :D
wyrobiliśmy sobie, online, certyfikat tzw RSA (responsible service of alcohol) i możemy pracować np w restauracjach. Australijczycy są zwariowani na punkcie alkoholu, a raczej jak przed nim bronić. Wyobraźcie sobie, że to kelner jest odpowiedzialny jak się ktoś upiję i może dostać mandat. Chociaż to pewnie tylko teoria. Ale piwa nie podadzą jak się nie pokażę paszportu. Choćbym dawał 10 innych dokumentów.
Mamy nawet kartę biblioteczną do pobliskiej library i panie są tam taakie miłe! Chodzimy tam kserować i wypożyczać książki. Ja wypożyczyłem i od razu oddałem, a P. zabrała Olgę Tokarczuk, po polsku :D tak się szkolimy z angielskim!
A co do nauki to ostatnio nauczyłem się słówka, które wyglądała jak tupee, czy jakoś podobnie i dzisiaj dowiedziałem się, że chodzi o tupecik. Co za głupie słowo, tupecik.
A teraz zdjęcie centrum Perth z King Parku, tadaaam:


Praca, praca. Zaczęliśmy szukać już pierwszego tygodnia, tak powiedzmy w piątek. Nie nerwowo, spokojnie roznieśliśmy do środy 14.10 po ok 25 cv, co tutaj nosi nazwę resume. I w środę, wypełniając formularz w hotelu Mercure spotkaliśmy polaka, który tu przyjechał podobnie jak my. I tak się miło rozmawiało, że wymieniliśmy się numerami. A raczej ja dałem mu swój i powiedziałem, żeby odgłuchnął. A on, że nie może się dodzwonić. Kiedy zrobiliśmy sygnał w drugą stronę wyświetlił się jemu inny numer. I w taki oto sposób mikołaj stracił kredyt zaufania u P. :D

drugiej takiej fajnej, bo typowej dla miasta, czyli jakieś piwko, które przerodziło się w następne i skończyło u kolegi z Dubaju w jego apartamencie na fajce wodnej, piwkach, 20 niemieckich szwajcarach (ich tu jest mnóstwo, razem z francuskimi mogli by mała armię stworzyć). Byliśmy też z Vincentem, który jest naszym tutejszym największym kolegą, z którym świetnie się gada (Kanadyjczyk z Quebecu, mieszkający od 3 lat w Szwajcarii, we francuskiej jej części), byliśmy w zoo i potem kąpać się w oceanie. To jest ten gościu w żółtym T-shircie. AAA, zapomniałem dodać, że P. szaleje na punkcie Mario i Luigiego. Byli akurat w tym klubie i byli świetni. Ok, to tyle, pamiętajcie wombaty, misie koala rządzą, krokodyle są wielkie i przeraźliwe, a ocean ma zajefajne fale :) dooobranoc.






PS. A, i jeszcze jedno. Skrzynia biegów jak taka jak w polsce, czyli nie jest odbiciem lustrzanym. Kłaki już płyną poprzez ocean do szczęśliwców. Dziękujemy za udział w konkursie.wtorek, 13 października 2009
trochę zdjęć
poniedziałek, 12 października 2009
Cześć wszystkim, mam 12 lat i też nazywam się Wojtek.
czwartek, 8 października 2009
Zdanie na dziś: Just in case
wtorek, 6 października 2009
Owce na drzewie
Dojechalimy.
Ostatni tydzień to same pożegnania, aż zwątpiłem. Po co jechać skoro zostawia się takie fajne osoby? Była impreza pożegnalna, wspólny wyjazd do Berlina, no i wiele słow ‚do zobaczenia‘ między. A tata to mnie tak mocno ścisnął, że wreszcie dysk mi wskoczył na miejsce :)




Ale, ale... kiedy zobaczyłem mnicha buddyskiego na lotnisku w Bangkoku wstąpił we mnie diabeł podróży. Same lotnisko niesamowite. Oddane trzy lata temu do użytku jest funkcjonalne jak gładzik do macbooka, a sprzątaczki chyba mieszkają w ubikacjach i cały czas coś tam doczyszczają. A jakie piękne kobiety!!! :) wszystkie zgrabne i fajnie ubrane. A jakie przystępne ceny!!! Po niemieckich reperkusjach, ceny tajskie to prawdziwy rarytas, na lotnisku międzynarodowym ceny jak w polskiej żabce.
Za to w malezyskie lotnisku byle jakie. Jedyna rzecz warta zanotowania to fakt, że nie mogli uwierzyć, że osoba ze zdjęcia w paszporcie i ja to to samo. W paszporcie mam długie włosy, jestem ogolony i w soczewkach. A jaki jestem na codzien, każdy wie. Spytał mnie o datę urodzenia, to mi się June z July pomyliło, poprosił o podpis, to zapomniałem, że ten obecny różni się od tego w paszporcie. Ech... Ale przeszło.
Potem jeszcze na australijskim lotnisku pani zabrała mój paszport i długo patrzyła na P. i wreszcie uznała, że może być. Buahaha :D
Już po ostatniej odprawie celnej, 31 h po pierwszej, odebrała nas Mrs.E i zabrała do siebie. Oczywiście nie mogło zabraknąć dowcipu ‚po jakiej stronie kierownica‘ i P. dała się nabrać. Samo jeżdzenie po lewej stronie dziwne, ale więcej wypowiem się jak sam spróbuję. Miasto Perth też dziwne. Ogólnie jest to takie os. Kwiatowe rozciągnięte jakieś 150 razy. Domki, u nas nazywane jednorodzinne, ale jakieś takie bez szału, niskie, ogrody małe. Drzewa egzotyczne, a kwiaty juz teraz bardzo kolorowe, a niezapominajmy, że oni mają teraz jakgdyby koniec marca. No i już teraz chodzimy w krótkim rękawku lub krótkich spodenkach (ale nigdy oba na raz :) )
Z Mrs.E zwiedziliśmy trochę centrum i pojechaliśmy do najwyższego miejsca w mieście, aby popatrzyć na panoramę miasta i nie muszę mówić, że podobnie jak na podróż, nie mieliśmy ze sobą aparatu :D Ale tam na pewno wrócimy, zresztą nie jest to widok z gatunku ‚jak tam nie pojedziesz, to tak jakbyś nie przeżył orgazmu‘.
No i potem byliśmy już tak wykończeni, że wręcz nachalnie poprosiliśmy, że już chcemy do naszego domku i spać.
A mieszkamy u pana Jot. Podobnie jak Mrs.E – Polak, ale w tym wypadku taki, który nigdy nie był w Polsce, mimo to mówi ‚I’m Pole and this is polish hospitality‘. Z jednej strony dziwne, z drugiej wzruszające. No i niezgadzamy się z P. co do tego zdania. Ja uważam, że rzeczywiście jest bardzo gościnny i, nazwijmy to opiekuńczy, a P., dodaje ‚fakt, ale za 200 bucksów tyg.‘
Domek jest hmm, okey, ma swoje plusy i minusy. Np. mamy bardzo fajny pokój, duży, duże łóżko, zimny, co będzie zbawieniem latem, z lustrami i biurkami, internetem (ale jeszcze nie wiemy jak płatnym, dlatego boimy się korzystać :), ale z kolei nie zamykają się drzwi. I nie chodzi tu o to, że nie ma klucza, ale o to, że można je tylko przymknąć :) I tak cały dom. A wieczorem jeszcze wino u Mrs.E, która jest dla nas nadzwyczaj dobra.




Z dzisiejszego dnia warto jedynie odnotować, że załątwiliśmy po wielu komplikacjach swoje australijskie komórki i numery, poszliśmy pieszo do centrum (swoja drogą, mieszkamy blisko centrum, ale blisko jak na te standardy, bo szliśmy 1h15min, a doszliśmy tylko na skraj)
Rozumiemy australijczyków dobrze, P. lepiej :) Oni nas też rozumieją, chyba. W banku się dogadalismy. I chcemy się nauczyć tego akcentu bo jest zajebisty! :)
I, bo zapomne, pisałem o florze, czas na faunę. Żadnych zabójczych pająków nie widziałem, ale był jeden karaluch u nas w pokoju, ale to jeszcze nic w porównaniu z krukami, których tutejszą specyficzną nazwę zapomniałem. Muszę zrobić ich zdjęcie! Wyglądaja jak kruki z nastraszliwszych horrorów, z wielkimi dziobami i wydają dźwięki, które przypominają beczenie... owcy. Mnie to śmieszy, P. przeraża. A jest tu tego pełno. Pan Jot je nawet dokarmia, każe nam rozsypywać w ogrodzie mięso, którego nie zjemy :D
Papugi też widzieliśmy. Potwory-kangury i zbakane misie koala przed nami.
Tak jak napisanie kolejnej notki za czas jakiś.
PS. Boli mnie szyja od patrzenia wpierw w prawo przy przechodzeniu przez ulicę. To takie nienaturalne! A zdjęcia dam kiedy indziej, bo za długo to trwa teraz, a ja boje się gigantycznej opłaty za internet








Perth Time